Take me or leave me

Autor: K. Sasak

Zim­no, pochmur­nie, wietrz­nie – tymi sło­wa­mi moż­na ide­al­nie opi­sać ten nie­dziel­ny wie­czór. Do tego dodać gęsto pada­ją­cy śnieg i mamy kwin­te­sen­cje zimy. Już daw­no nie widzia­łam, aby na dro­dze i chod­ni­kach było tyle bia­łe­go puchu, któ­ry nie pozwa­lał prze­je­chać samo­cho­dom, ani przejść prze­chod­niom. Nic dziw­ne­go, że uli­ce były puste, choć zegar wska­zy­wał dopie­ro ósmą. Z roz­my­ślań wycią­gnął mnie dźwięk gwizd­ka czaj­ni­ka. Zala­łam wrząt­kiem her­ba­tę, a następ­nie ruszy­łam do salo­nu, aby choć przez chwi­lę pooglą­dać tele­wi­zję. W miesz­ka­niu znaj­do­wa­łam się tyl­ko ja, więc mogłam oddać się roz­ko­szy czy­ta­nia swo­ich ulu­bio­nych ksią­żek, któ­re prze­wer­to­wa­łam już tyle razy, ale naj­pierw chcia­łam posłu­chać o naj­now­szych wyda­rze­niach ze świa­ta i kra­ju. Na Zie­mi nie było za cie­ka­wie. Panu­ją­cy od kil­ku mie­się­cy wirus dawał o sobie znać nie tyl­ko loka­lom gastro­no­micz­nym czy kinom, ale rów­nież nam – stu­den­tom. Kto by się spo­dzie­wał, że mło­dzież będzie mia­ła dość sie­dze­nia przed kom­pu­te­ra­mi. W erze, gdzie prze­sia­du­ją przed nimi dwa­dzie­ścia czte­ry godzi­ny na dobę? Nie­ste­ty, takie mie­li­śmy realia i nic z tym nie mogli­śmy zro­bić. Pozo­sta­ło nam jedy­nie cze­kać i cze­kać, i cze­kać, i zno­wu czekać.

Wia­do­mo­ści się skoń­czy­ły w momen­cie, gdy dopi­ja­łam już swój napój. Odsta­wia­jąc kubek chwy­ci­łam za tele­fon. Spoj­rza­łam się na ekran, żeby upew­nić się, że nie ma nowych wia­do­mo­ści. Nie było. Rzu­ci­łam go w kąt kana­py, a następ­nie odchy­li­łam gło­wę na wez­gło­wie i zamknę­łam oczy.

 – Ten jeden raz nie mogłaś się przy­ło­żyć do nauki? – zapy­ta­łam oso­bę, któ­rej nawet nie było w mieszkaniu.

Wes­tchnę­łam prze­cie­ra­jąc twarz i zerwa­łam się z mebla. Ruszy­łam do swo­jej małej klit­ki, aby odna­leźć książ­kę, któ­rą zaku­pi­łam pod­czas świą­tecz­nych prze­cen. Tomisz­cze leża­ło na para­pe­cie – jedy­nym wol­nym skraw­ku w poko­ju. Chwy­ci­łam je, a następ­nie powró­ci­łam do salo­nu. Nawet nie zdą­ży­łam otwo­rzyć na stro­nie, na któ­rej ostat­nio skoń­czy­łam, a ktoś zaczął się dobi­jać do drzwi. Pomy­śla­łam – kto przy­cho­dzi o tej porze bez zapo­wie­dzi? – jed­nak nikt nie przy­cho­dził mi do gło­wy. Ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi ruszy­łam do drzwi, a następ­nie wyj­rza­łam przez juda­sza na nie­pro­szo­ne­go gościa. Widząc sto­ją­cą na gan­ku oso­bę od razu jej otwo­rzy­łam. Spoj­rza­łam na obsy­pa­ną śnie­giem syl­wet­kę dziew­czy­ny i od razu prze­pu­ści­łam ją w przejściu.

– Co ty tutaj robisz? – zapy­ta­łam zasko­czo­na. – Prze­cież jutro masz zali­cze­nie z Ana­li­zy. Nie powin­naś się uczyć?

Zada­jąc to pyta­nie zamknę­łam drzwi i pomo­głam gościo­wi ze zdję­ciem cien­kie­go płasz­czu. Z jed­nej stro­ny cie­szy­łam się, że dziew­czy­na do mnie przy­szła, ale z dru­giej mar­twi­łam się jej egza­mi­nem. Wie­dzia­łam, że zosta­wi­ła wszyst­ko na ostat­nią godzi­nę, choć była to jej ostat­nia szan­sa na zda­nie semestru.

– Powin­nam, jed­nak to jest tak nud­ne. Stwier­dzi­łam, że przej­dę się po oko­li­cy, a świe­że powie­trze pobu­dzi moje sza­re komór­ki. Tak się zło­ży­ło, że nogi powio­dły mnie aż tutaj. – Uśmiech­nę­ła się w moją stro­nę uka­zu­jąc te słod­kie dołecz­ki, w któ­rych ist­nie­nie nigdy nie mogła uwierzyć.

Gdy już zdję­ła płaszcz zauwa­ży­łam, że ma na sobie zwy­kłą koszul­kę z krót­kim ręka­wem i nadru­kiem z kon­wen­tu, na któ­ry w zeszłym roku się pozna­ły­śmy. Zabaw­ne było to, że stu­dio­wa­ły­śmy na jed­nej uczel­ni, a część zajęć mia­ły­śmy w tym samym budyn­ku, jed­nak nigdy wcze­śniej się nie zoba­czy­ły­śmy. Potrzą­snę­łam gło­wą, aby wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści. Cien­ki płaszcz, koszul­ka z krót­kim ręka­wem, mroź­na zima, a doło­żyć do tego sła­bą odpor­ność Tama­ry – efekt mógł być tyl­ko jeden.

– Czy cie­bie już do resz­ty pogrza­ło?! Daw­no byłaś cho­ra? – krzyk­nę­łam na nią i ruszy­łam do kuch­ni, aby pod­grzać wody na her­ba­tę. – Idź do salo­nu. Na kana­pie jest koc – powie­dzia­łam gło­śniej z kuchni.

Nie zorien­to­wa­łam się nawet, kie­dy Tama­ra sta­nę­ła w wej­ściu i z cwa­niac­kim uśmie­chem patrzy­ła się na mnie.

– Nie musisz robić tej her­ba­ty, słoń­ce. Zaraz roz­grze­je­my się w inny spo­sób – powie­dzia­ła nie­mal mru­cząc i pode­szła do moich pleców.

Wie­dzia­łam, że Tama­ra potra­fi być bez­po­śred­nia w wie­lu spra­wach, ale nie sądzi­łam, że do takie­go stop­nia. Odwró­ci­łam lek­ko zaru­mie­nio­ną twarz w jej stro­nę i spoj­rza­łam się w jej oczy. Ta uśmiech­nę­ła się zadzior­nie, a po chwi­li wycią­gnę­ła zza ple­ców dwa podłuż­ne pakun­ki. Alko­hol. Jasne. Cho­dzi­ło jej o alko­hol. Dla­cze­go w mojej gło­wie od razu poja­wi­ły się nie­mo­ral­ne sceny?

– Wolisz mio­do­wy czy zwy­kły? – zapy­ta­ła się odkła­da­jąc butel­ki na pod­nisz­czo­ny blat.

– Wolę her­ba­tę. Dobrze wiesz, że nie piję alko­ho­lu – powie­dzia­łam lek­ko zła. Odwró­ci­łam się z powro­tem do kuchen­ki i wycią­gnę­łam nowy kubek. – A teraz mów praw­dę. Nie wie­rzę, że w taki mróz wyszłaś na spacer.

– Co pora­dzę, że się stę­sk­ni­łam – odpo­wie­dzia­ła od razu i opar­ła się o blat obok mnie. – Nauka do egza­mi­nu mnie wykań­cza. Już nie mogę patrzeć na te wzo­ry, pro­cen­ty i okład­ki „Poli­ty­ki”. A żeby tego było mało redak­tor nie daje mi spo­ko­ju i poga­nia z arty­ku­ła­mi. Nie mam nawet cza­su zjeść porząd­ne­go obia­du, więc żyję na zup­kach chiń­skich. – Wes­tchnę­ła i spoj­rza­ła się na mnie kątem oka.

Nie wie­dzia­łam jak to sko­men­to­wać, więc po pro­stu się nie ode­zwa­łam. Sku­pi­łam wzrok na czaj­ni­ku i nie zauwa­ży­łam, kie­dy dziew­czy­na ode­rwa­ła się od bla­tu, a następ­nie zro­bi­ła krok w moją stro­nę. Poczu­łam jak sta­je za mną, zbyt bli­sko, aby utrzy­mać czy­ją­kol­wiek prze­strzeń osobistą.

– A ty? – zapy­ta­ła nie­mal szep­cząc do moje­go ucha.

– Co ja? – Led­wo uda­ło mi się wypo­wie­dzieć te dwa pro­ste słowa.

– Nie tęsk­ni­łaś za mną? – roz­wi­nę­ła swo­ją myśl, choć dokład­nie wie­dzia­łam, o co jej chodzi.

– Dla­cze­go pytasz? – odpo­wie­dzia­łam bez zasta­no­wie­nia. – Mam jakiś powód, aby za tobą tęsk­nić? – Wstą­pi­ła we mnie dziw­na odwa­ga, któ­ra w takich momen­tach momen­tal­nie zni­ka­ła. Spoj­rza­łam się na sza­tyn­kę odwra­ca­jąc się w jej stro­nę i sto­jąc zale­d­wie kil­ka cen­ty­me­trów od niej. Patrząc się w jej błę­kit­ne oczy cała moja pew­ność sie­bie znik­nę­ła. – Stę­sk­ni­łam – szep­nę­łam pod nosem spusz­cza­jąc wzrok.

– Możesz powtó­rzyć? Mam już swo­je lata. – Dro­czy­ła się ze mną, wie­dzia­łam o tym.

Już chcia­łam jej coś odpo­wie­dzieć, ale poczu­łam jej chłod­ne pal­ce na mojej bro­dzie. Unio­sła moją twarz i cmok­nę­ła mnie w czo­ło. Wie­dzia­ła, że nie potra­fię być sta­now­cza i ustą­pię jej na każ­dym kroku.

– Zostaw tę her­ba­tę. Dobrze wiesz po co tu przy­szłam – mruk­nę­ła wtu­la­jąc swój zim­ny nos w moją szy­ję. – Ty, ja, two­je łóż­ko… – Pod­nio­sła gło­wę i nachy­li­ła się w moją stro­nę, a następ­nie na jej twa­rzy poja­wił się zadzior­ny uśmiech. – Nikt nam nie będzie przeszkadzał.

 Wie­dzia­łam co chcia­ła zro­bić. Wie­dzia­łam, że nie będę w sta­nie się jej oprzeć. Wie­dzia­łam jak to się skoń­czy. Wie­dzia­łam, że nie mogę na to pozwolić.

– Nie. – Dało się usły­szeć moje ciche jęk­nię­cie, jed­nak nie powstrzy­ma­ło to Tama­ry przed poca­ło­wa­niem mnie.

Chcia­łam ją ode­pchnąć, uwol­nić się spod jej wła­dzy, jed­nak gdy poczu­łam zapach fre­zji, tak cha­rak­te­ry­stycz­ny dla dziew­czy­ny, odpły­nę­łam i spu­ści­łam swo­je ramio­na wzdłuż ciała.

–  Grzecz­na dziew­czyn­ka – powie­dzia­ła i wyłą­czy­ła gaz.

– To nie fair – ode­zwa­łam się lek­ko podi­ry­to­wa­na jej zacho­wa­niem. – Zawsze sta­wiasz spra­wę jasno i bie­rzesz to co chcesz. W ogó­le nie liczysz się z moim zda­niem. Czym dla cie­bie jestem, co? – zapy­ta­łam pod­nie­sio­nym gło­sem. – Kolej­ną zabaw­ką, któ­rą zaraz odrzu­cisz w kąt?! – krzyk­nę­łam i odsko­czy­łam od niej jak naj­da­lej mogłam.

– Nawet tak nie mów – odpo­wie­dzia­ła zezłosz­czo­na. – Skąd ci to przy­szło do głowy?!

– Nigdy nie dałaś mi do zro­zu­mie­nia w jakiej rela­cji jeste­śmy. Jestem two­ją przy­ja­ciół­ką, kochan­ką czy kim do cho­le­ry?! – wark­nę­łam na nią i wybie­głam z kuch­ni. Nie chcia­łam powie­dzieć o jed­no sło­wo za dużo.

– A czy ty myślisz, że mi jest łatwo? Ja sama nie wiem w jakiej jeste­śmy rela­cji! – Usły­sza­łam ją z kuch­ni, sama kie­ru­jąc się na kana­pę. – Zna­my się zale­d­wie kil­ka mie­się­cy, a jed­nak wiem o tobie wszyst­ko. Nawet o two­im związ­ku z tech­ni­kum – doda­ła, a ja roz­sze­rzy­łam sze­rzej oczy.

Okres tech­ni­kum nie nale­żał do naj­przy­jem­niej­szych. Cią­głe kpi­ny, wyzwi­ska, groź­by, aż w pew­nym momen­cie naszły mnie myśli samo­bój­cze. Gdy­by nie Mar­cel, nie było­by mnie tutaj. Jed­nak po pew­nym cza­sie uświa­do­mi­łam sobie, że i zwią­zek z nim był poważ­nym błę­dem. Nie chcia­łam już o tym myśleć. Prze­cież to było daw­no, a ja sobie z tym pora­dzi­łam. Usia­dłam na kana­pie i nie odzy­wa­łam się. Nawet nie wie­dzia­łam, co powiedzieć.

– Maja, do cho­le­ry! Nie zacho­wuj się jak dziec­ko i poroz­ma­wiaj ze mną. – Dziew­czy­na zatrzy­ma­ła się w przej­ściu. Czu­łam, jak na mnie patrzy. – Nie chcę się tobą bawić. Gdy­by to ode mnie zale­ża­ło, już daw­no bym cię zosta­wi­ła w spo­ko­ju, ale… Nie potra­fię. Po pro­stu uza­leż­ni­łam się od cie­bie – przy­zna­ła szcze­rze. Zszo­ko­wa­na odwró­ci­łam się w jej stro­nę i ujrza­łam czer­wo­ne wypie­ki na jej policzkach.

– Nie chcę żebyś odcho­dzi­ła – przy­zna­łam z dozą nie­pew­no­ści w gło­sie. – Ja… nie dam sobie bez cie­bie rady. – Opa­dłam na kana­pę i spoj­rza­łam się na swo­je sto­py. Dla­cze­go to powiedziałam?

– Myślę, że beze mnie było­by ci znacz­nie lepiej. – Pode­szła do kana­py, a następ­nie usia­dła na podłokietniku.

Prze­su­nę­łam się kil­ka cen­ty­me­trów, aby zwięk­szyć naszą odle­głość. Czy było­by mi bez niej lepiej? Do cza­su, aż ją pozna­łam radzi­łam sobie. Wraz z Kami­lą zna­la­zły­śmy miesz­ka­nie w dobrej oko­li­cy i z niskim czyn­szem. Na stu­diach też radzi­łam sobie w mia­rę dobrze, ale… po pozna­niu Tama­ry zmie­ni­ło się moje życie. Już nie sie­dzia­łam w miesz­ka­niu w wol­nym cza­sie, pozna­łam wie­lu nowych zna­jo­mych, któ­rzy pomo­gli mi w kil­ku pro­jek­tach stu­denc­kich, otwo­rzy­łam się na świat. Dziew­czy­na spoj­rza­ła się na mnie i praw­do­po­dob­nie odnio­sła wra­że­nie, że chcia­łam, aby już poszła. Wsta­ła ze swo­je­go miej­sca i strze­li­ła krę­ga­mi szyjnymi.

– Chy­ba na mnie już pora – powie­dzia­ła idą w kie­run­ku drzwi wyjściowych.

Nie idź! Nie zosta­wiaj mnie! – krzyk­nę­łam w swo­jej gło­wie wycią­ga­jąc rękę w jej stro­nę. Nie mogłam pozwo­lić, aby wyszła. Zawsze, gdy opusz­cza­ła to miesz­ka­nie mia­łam oba­wy, że już nigdy jej nie zoba­czę. Tym razem na pew­no nie mogłam na to pozwo­lić. Gdy widzia­łam, że zaczy­na zakła­dać buty zerwa­łam się z kana­py i przy­tu­li­łam się do jej pleców.

– Nie odchodź – powie­dzia­łam przy­tłu­mio­nym głosem.

Tama­ra zamar­ła na chwi­lę. Opu­ści­ła trzy­ma­ne­go w rękach buta i wes­tchnę­ła prze­cią­gle. Gdy poczu­łam jej dłoń na swo­jej nie wie­dzia­łam, co mam dalej zrobić.

– To co z moją her­ba­tą? – ode­zwa­ła się tak, jak­by o wszyst­kim zapo­mnia­ła. – Chy­ba jed­nak ubra­łam się za cien­ko. – Odwró­ci­ła się w moją stro­nę, a ja ujrza­łam na jej twa­rzy ten głup­ko­wa­ty uśmiech.

– Co? – Jej sło­wa mnie zaskoczyły.

Odsu­nę­łam od niej twarz i zamru­ga­łam kil­ku­krot­nie. Nie wie­dzia­łam czy jej sło­wa były praw­dzi­we, czy sama je sobie wyobra­zi­łam. Poczu­łam jedy­nie jak Tama­ra wsta­je z kolan. Sta­ła na rów­nych nogach i patrzy­ła się na mnie z góry. Prze­chy­li­ła jedy­nie gło­wę w bok i zmarsz­czy­ła brwi.

– Mówię, że jest mi zim­no i napi­ła­bym się tej her­ba­ty – powtó­rzy­ła swo­je wcze­śniej­sze sło­wa, a ja uświa­do­mi­łam sobie, że rze­czy­wi­ście je wypowiedziała.

Wsta­łam w ślad za nią i ruszy­łam ponow­nie wsta­wić wodę. Od zawsze zasta­na­wia­ło mi to, jak dziew­czy­na potra­fi­ła zmie­niać temat bez oka­zy­wa­nia emo­cji. Wyglą­da­ła, jak­by poprzed­nie sło­wa nigdy nie ujrza­ły świa­tła dziennego.

– Co mi strze­li­ło do gło­wy, aby przyjść tutaj w taką pogo­dę. – Usły­sza­łam jak idzie w moją stronę.

– Nie­ste­ty nie wiem co ci sie­dzi w gło­wie – odpo­wie­dzia­łam bez zastanowienia.

Tama­ra usia­dła przy wąskim sto­li­ku i czu­łam jej wzrok na sobie. Wło­ży­łam toreb­kę her­ba­ty do wcze­śniej przy­go­to­wa­ne­go kub­ka, ale nie byłam w sta­nie obró­cić się w jej stro­nę. Opar­łam się o blat i zaci­snę­łam na nim pal­ce. Moje sło­wa były praw­dą. Nie wie­dzia­łam o czym myśli i nigdy nie byłam w sta­nie się tego dowie­dzieć. Była nie­obli­czal­na w czy­nach i gestach, a jej wyraz twa­rzy potra­fił zgu­bić nie jed­ne­go czło­wie­ka. Nic dziw­ne­go, że nigdy nie widzia­łam jej w więk­szej gru­pie zna­jo­mych na uczel­ni. Fakt, mia­ła ich, w koń­cu z kimś wycho­dzi­li­śmy na piwo, ale nie utrzy­my­wa­ła bliż­szych rela­cji z nikim poza… mną.  Trwa­ły­śmy tak w ciszy, aż nie zago­to­wa­ła się woda. Od razu wla­łam wrzą­tek do kub­ka i posta­wi­łam go na stoliku.

– Chcesz cukru? – zapy­ta­łam, aby w jakiś spo­sób pozbyć się tej ciszy.

Nie odpo­wie­dzia­ła, jedy­nie zła­pa­ła mnie za dłoń, ale jej wzrok był utkwio­ny w kub­ku. Wyglą­da­ła, jak­by zasta­na­wia­ła się nad tym, co ma teraz powie­dzieć. Czy­li jed­nak dalej drę­czy ją nasza roz­mo­wa? Nie doszły­śmy do poro­zu­mie­nia, a jedy­nie odło­ży­ły­śmy ją w kąt.

– Wypi­ję her­ba­tę i sobie pój­dę. Nie będę ci zawra­cać gło­wy. – W koń­cu się ode­zwa­ła. Jej głos był jakiś przy­tłu­mio­ny, kom­plet­nie jak nie jej. Czyż­by jed­nak tam­to wpły­nę­ło na nią?

Dalej na mnie nie spoj­rza­ła, jed­nak poczu­łam moc­niej­szy uścisk dło­ni. Dla­cze­go wyglą­da­ło to jak poże­gna­nie? Nie może iść. Nie mogę jej na to pozwo­lić. Nie chcę jej stracić.

– Nie idź! – powie­dzia­łam to znacz­nie gło­śniej, niż bym chcia­ła. – Zostań ze mną – doda­łam już ciszej.

Widzia­łam jej zszo­ko­wa­nie, kie­dy nagle odwró­ci­ła gło­wę w moją stro­nę. Ocze­ki­wa­ła, że ją wygo­nię? Nie zdzi­wi­ła­bym się. Patrząc na moje wcze­śniej­sze zacho­wa­nie też bym tak pomy­śla­ła. Uśmiech­nę­łam się deli­kat­nie i poło­ży­łam dru­gą dłoń na jej. Nie pozwo­lę, aby opu­ści­ła to miesz­ka­nie, a tym samym moje życie. Nie w takim momen­cie. Jej kąci­ki ust pod­nio­sły się deli­kat­nie do góry, a tym samym zmie­nia­jąc jej wyraz twa­rzy w dia­me­tral­ny spo­sób. Coś kom­bi­no­wa­ła, czu­łam to. To wła­śnie Tama­ra, któ­rą pozna­łam. Wsta­ła z krze­sła i patrzy­ła na mnie. Czu­łam się przy niej jak dziec­ko, gdyż była ode mnie wyż­sza o te kil­ka­na­ście centymetrów.

– Prze­ko­naj mnie, abym zosta­ła tro­szecz­kę dłu­żej – szep­nę­ła w momen­cie, gdy nachy­la­ła się do moje­go ucha.

Zaru­mie­ni­łam się. Ocze­ki­wa­ła ode mnie cze­goś, cze­go nie byłam w sta­nie zro­bić. Po pro­stu nie potra­fi­łam obu­dzić w sobie takiej odwa­gi, jaką Tama­ra mia­ła na co dzień. Nie powie­dzia­ła dosłow­nie cze­go chcia­ła, ale dosko­na­le to wie­dzia­łam. Prze­łknę­łam śli­nę i zamknę­łam oczy w momen­cie, kie­dy poczu­łam jej usta na płat­ku ucha.

– C‑co ty robisz? – zająk­nę­łam się kła­dąc dłoń na jej ramieniu.

– Jeże­li chcesz, abym zosta­ła, poca­łuj mnie – zamruczała.

Poca­ło­wać? Nie wiem dla­cze­go się nad tym zasta­na­wiam. Prze­cież nie raz się cało­wa­ły­śmy, jed­nak… to zawsze ona wycho­dzi­ła z ini­cja­ty­wą. Nie. Muszę to zro­bić. Muszę ją tu zatrzy­mać. Muszę prze­ła­mać swo­je oba­wy i wresz­cie odwa­żyć się na to. Deli­kat­nie ode­pchnę­łam ją od sie­bie, a widząc jej uśmiech jesz­cze bar­dziej poczer­wie­nia­łam. Dobra, Maja, musisz to zro­bić. Sta­nę­łam na pal­cach i cmok­nę­łam Tama­rę w usta. To naj­wy­raź­niej nie wystar­czy­ło dziew­czy­nie. Przy­lgnę­ła do moich warg, nie­mal mnie prze­wra­ca­jąc. Nie mogłam zła­pać tchu będąc zasko­czo­na jej poczy­na­nia­mi. Obję­ła mnie jed­ną ręką, a dru­gą wplą­ta­ła w moje wło­sy. Czu­łam jak robi krok do przo­du, tym samym zmu­sza­jąc mnie do cofa­nia się. Wycho­dzi­ły­śmy z kuch­ni, aż poczu­łam za sobą kana­pę. Tama­ra obró­ci­ła nas i pocią­gnę­ła mnie za sobą, powo­du­jąc, że usia­dłam na jej kola­nach. W koń­cu ode­rwa­ła ode mnie swo­je usta, a ja mogłam wresz­cie zaczerp­nąć powie­trza. Zno­wu to ona wszyst­ko ini­cjo­wa­ła. Zno­wu byłam do nicze­go. Zno­wu mia­łam ocho­tę scho­wać się w poko­ju i nigdy wię­cej nie ujrzeć świa­ta. Ten cmok to była moja odwa­ga, ale chcia­łam cze­goś wię­cej. Wzno­wi­łam poca­łu­nek nie patrząc na swo­je wcze­śniej­sze oba­wy. Prze­ła­ma­łam się i to było naj­waż­niej­sze. Nie­ste­ty, dłu­go to nie trwa­ło. W koń­cu sza­tyn­ka zrzu­ci­ła mnie ze swo­ich kolan na kana­pę, a następ­nie usia­dła na moich bio­drach. Ręką pod­par­ła się obok mojej gło­wy i zawi­sła nad moją twa­rzą. Krót­ką chwi­lę patrzy­ły­śmy sobie w oczy i… zauwa­ży­łam w tych błę­kit­nych tęczów­kach oba­wę? Nie trwa­ło to dłu­go. Bez sło­wa Tama­ra zaczę­ła ponow­nie muskać moją szy­ję, scho­dzić na oboj­czy­ki, dekolt… Czu­łam,  jak dziw­ne cie­pło roz­pa­la mnie od środka.

– Mam nadzie­ję, że nie ubie­rasz się tak na co dzień. Nie masz jakiś gol­fów albo swe­trów? – zapy­ta­ła patrząc się na moje roz­iskrzo­ne oczy, a tym samym zaprze­sta­jąc piesz­czot. – Język ci ucię­ło? – dopy­ta­ła, gdy jej nie odpowiedziałam.

– Co? – powie­dzia­łam po krót­kiej chwi­li, gdy wra­ca­łam do rze­czy­wi­sto­ści. – Prze­pra­szam. Prze­cież i tak jestem cały czas w miesz­ka­niu. Jedy­ną oso­bą, któ­ra mnie widzi, jest Kami­la – odpo­wie­dzia­łam wciąż zasko­czo­na tym, co zda­rzy­ło się kil­ka­na­ście sekund temu.

– To i tak o jed­ną oso­bę za dużo. Powin­naś się tak ubie­rać tyl­ko i wyłącz­nie dla mnie – mruk­nę­ła wra­ca­jąc do moich ust. Gdy spra­gnio­na poca­łun­ku chcia­łam przy­lgnąć do jej warg, ta odsu­nę­ła się.

– Chy­ba nie sądzi­łaś, że mam zamiar cię prze­le­cieć. A w dodat­ku na kana­pie – zakpi­ła ze mnie i wsta­ła ze mnie. Widzia­łam, jak kie­ru­je się do kuch­ni. – Miej jesz­cze choć tro­chę god­no­ści – rzu­ci­ła przez ramię.

Leża­łam jesz­cze przez chwi­lę roz­my­śla­jąc nad tym, co przed chwi­lą powie­dzia­ła mi Tama­ra. Ja nie mam god­no­ści? Prych­nę­łam pod nosem i usiadłam.

– Kto dał ci pra­wo do oce­nia­nia innych? – zapy­ta­łam popra­wia­jąc bluz­kę. – Patrz na swo­je błę­dy. Ange­li­ka, Eli­za, Patry­cja, Aleks. Coś ci to mówi? – Pod­kre­śli­łam ostat­nie imię. Wie­dzia­łam, że wią­za­ło się z nim naj­wię­cej bólu.

Sta­nę­ła w przej­ściu. Widzia­łam jak się spi­na. Po chwi­li odwró­ci­ła się na pię­cie i spoj­rza­ła się na mnie. Wście­kłość aż się z niej wylewała.

– Stul pysk! – wark­nę­ła nie­mal sycząc. – To prze­szłość, z któ­rą już daw­no się pogo­dzi­łam. To był błąd. Tak samo jak to, że ci o tym opo­wie­dzia­łam – stwier­dzi­ła i ponow­nie skie­ro­wa­ła się do kuchni.

Wsta­łam z kana­py i poszłam w jej kie­run­ku. Pogo­dzi­ła się? Nie byłam tego pew­na. Ina­czej nie zare­ago­wa­ła­by na to w ten sposób.

– Ludzie, któ­rzy pogo­dzi­li się z prze­szło­ścią, nie reagu­ją w taki spo­sób. Tama­ra, dla­cze­go nie dasz sobie pomóc? Dla­cze­go nie pój­dziesz do psy­cho­lo­ga? – zapy­ta­łam sto­jąc w przej­ściu i obser­wu­jąc dziew­czy­nę, któ­ra mia­ła zamiar napić się her­ba­ty. – Nie igno­ruj mnie! – krzyknęłam.

Dziew­czy­na odło­ży­ła kubek z powro­tem na stół i chwi­lę mil­cza­ła. Zasta­na­wia­ła się nad odpo­wie­dzią. Czy myli­łam się? Powin­na udać się po pomo­cy. Sama sobie z tym nie pora­dzi, nie z taki­mi rana­mi, jakie pozo­sta­wił na jej ser­cu i umy­śle ten idiota.

– Nie chcę. Nie ufam ludziom, a tym bar­dziej psy­cho­lo­gom – szep­nę­ła led­wo sły­szal­nie. Widzia­łam, że jest cała spięta.

– Nie zgry­waj sil­nej. Znam cię wystar­cza­ją­co dłu­go, aby stwier­dzić, że cier­pisz. Two­je rany nadal się nie zago­iły, choć minę­ło już tro­chę cza­su – powie­dzia­łam sta­jąc bli­żej niej i kła­dąc rękę na jej ramie­niu. – Mia­łaś zła­ma­ną rękę, prawda?

– Co to ma do rze­czy? – Zdzi­wie­nie nie­mal malo­wa­ło się na jej twa­rzy. – Nie pieprz mi tych dur­nych kazań. Nie potrze­bu­ję dru­giej matki.

– Dążę do tego, że źle zło­żo­ny łokieć spo­wo­do­wał, że masz z nim pro­ble­my. A teraz spójrz na swo­je życie. Nie poukła­da­łaś sobie wszyst­kie­go w gło­wie i teraz masz pro­ble­my z oka­zy­wa­niem uczuć. Nie wiesz co jest praw­dą, a co fał­szem. – Wzię­łam jej dłoń do swo­jej i spoj­rza­łam się na jej twarz. – Pozwól sobie pomóc, Tama­ra – szep­nę­łam deli­kat­nie się uśmiechając.

W cią­gu tego krót­kie­go cza­su, któ­ry Tama­ra spę­dzi­ła w moim miesz­ka­niu, widzia­łam na jej twa­rzy milion róż­nych uczuć. Pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć je wszyst­kie, jed­nak wie­dzia­łam, że nie jestem do tego zdol­na. W koń­cu jak mam zro­zu­mieć uczu­cia oso­by, któ­ra sama ich nie rozu­mie. Chcia­łam jej pomóc, jed­nak nie byłam do tego zdol­na. Jedy­ną rze­czą, jaką mogłam zro­bić, było namó­wie­nie jej do poszu­ka­nia pomo­cy u specjalisty.

– Spójrz na mnie – mruk­nę­łam, gdy nie uzy­ska­łam żad­nej odpo­wie­dzi. – Tama­ra – powie­dzia­łam jej imię z czułością.

Spoj­rza­ła na mnie tym zbo­la­łym wzro­kiem, któ­re­go nigdy u niej nie widzia­łam. Prze­czu­wa­łam, że jej nie­chęć do psy­cho­lo­gów była spo­wo­do­wa­na zły­mi wspo­mnie­nia­mi z dzie­ciń­stwa, kie­dy to jej rodzi­cie byli w trak­cie roz­wo­du, a mała Tama była zmu­szo­na do wizyt w bia­łych gabi­ne­tach. Jed­nak nie zna­łam szcze­gó­łów, gdyż nigdy nie chcia­ła się ze mną nimi podzielić.

– Nie mogę tego zro­bić, Maja – odpo­wie­dzia­ła w koń­cu. – Po pro­stu nie mogę.

– Dla­cze­go? – zapy­ta­łam mając nadzie­ję, że w koń­cu nastał ten czas, kie­dy podzie­li się ze mną więk­szym skraw­kiem swo­jej prze­szło­ści. – Chcia­ła­bym znać ten powód.

– Nie potra­fię ci tego wytłu­ma­czyć – mruk­nę­ła kła­dąc dłoń na moim policz­ku. – Wiem, że potrze­bu­ję pomo­cy, jed­nak tyl­ko jed­na oso­ba jest w sta­nie mi ją dać – stwier­dzi­ła deli­kat­nie uno­sząc pra­wy kącik ust.

Odwza­jem­ni­łam ten uśmiech. Jej gest jasno suge­ro­wał mi, że tą oso­bą byłam ja. A nawet jeże­li się myli­łam, chcia­łam być tą oso­ba. Tama­ra poma­łu zbli­ża­ła się do mojej twa­rzy, a następ­nie musnę­ła deli­kat­nie moje war­gi. Wyglą­da­ła tak, jak­by bada­ła moje zacho­wa­nie. Bała się, że mnie wystra­szy? Nie mia­ła cze­go. Odwza­jem­ni­łam poca­łu­nek, czym zasko­czy­łam sza­tyn­kę. Pew­nie myśla­ła, że ją ode­pchnę, ale nawet nie prze­szło mi to przez myśl.

– Bądź dzi­siaj moja – wyszep­ta­ła Tamara.

– Ja zawsze będę two­ja. Tyl­ko two­ja – odpo­wie­dzia­łam roz­ko­szu­jąc się tą chwilą.

W koń­cu ode­rwa­łam się od jej ust i wie­dzia­łam, że nastał ten moment, kie­dy bez żad­nych skru­pu­łów mogłam się jej oddać… w cało­ści. Patrzy­łam się w jej oczy, któ­re iskrzy­ły od nad­mia­ru emo­cji, a następ­nie złą­czy­łam nasze dło­nie i pocią­gnę­łam w stro­nę moje­go poko­ju. Po omac­ku wylą­do­wa­ły­śmy na łóż­ku. Bez zbęd­nych słów powró­ci­ły­śmy do namięt­ne­go poca­łun­ku. Nasze ubra­nia, jed­no po dru­gim, lądo­wa­ły na pod­ło­dze, a my nie mogły­śmy nacie­szyć się tą bli­sko­ścią. Spra­gnio­ne roz­ko­szy, spra­gnio­ne swo­ich ciał, spra­gnio­ne uczuć.

– Kocham cię – powie­dzia­łam dysząc, a sło­wom akom­pa­nio­wał gło­śny jęk.

– Ja… cie­bie też, Maja – usły­sza­łam jej odpo­wiedź, choć z dozą niepewności.

~***~

 

Rano obu­dzi­ło mnie gło­śne trza­śnię­cie drzwia­mi. Zasta­na­wia­łam się czy Kami­la wró­ci­ła wcze­śniej, jed­nak po chwi­li przy­po­mnia­łam sobie o upoj­nej nocy, któ­rą spę­dzi­łam z Tama­rą. Spoj­rza­łam na miej­sce, któ­re wczo­raj zaj­mo­wa­ła dziew­czy­na, jed­nak nie było jej tam. Zerwa­łam się z łóż­ka i szyb­ko ubra­łam na sie­bie leżą­cą na pod­ło­dze koszul­kę, a następ­nie wybie­głam z poko­ju w poszu­ki­wa­niu sza­tyn­ki. Nie mar­twi­łam się współ­lo­ka­tor­ką, któ­ra jed­nak nie wró­ci­ła wcze­śniej. Tama­ry nigdzie nie było. Prze­stra­szy­łam się, że zro­bi­łam coś nie tak. Może moje wyzna­nie ją wystra­szy­ło? – zapy­ta­łam samą sie­bie w myślach. Mar­twi­łam się, że nasza wspól­na noc była jedy­nie poże­gna­niem, a spo­sób, w jaki dziew­czy­na mi odpo­wie­dzia­ła mogło to suge­ro­wać. Zre­zy­gno­wa­na poszłam do kuch­ni. Musia­łam się cze­goś napić. Spoj­rza­łam na stół, gdzie dalej sta­ły dwie butel­ki cydru i kubek po her­ba­cie. Chwi­lecz­kę. Był pusty, a obok nie­go leża­ła podar­ta kart­ka. Od razu chwy­ci­łam ją w dło­nie i prze­czy­ta­łam krót­ką wiadomość.

„Musia­łam iść na egza­min. Ode­zwę się zaraz po nim”

Opa­dłam na krze­sło sto­ją­ce obok sto­li­ka i wes­tchnę­łam z ulgą. Nie zosta­wi­ła mnie. To nie było jedy­nie poże­gna­nie. To ozna­cza­ło, że mia­łam szan­sę dalej jej poma­gać i oka­zy­wać uczu­cia, któ­re od daw­na tak skry­cie tłu­mi­łam w sobie.

Ciąg dal­szy nastąpi…

Autor: Klau­dia „Tasak” Sasak

Pomoc men­tal­na: Patryk „Kit­ty” Sobolewski

Ilu­stra­cja: Julia “Szczy­pio­rek” Główka