Nadzieja płynąca prosto z serca

Autor­ka: M. Kołodziejczyk

hands-1926414_1920

Szła ciem­ną i strasz­ną pola­ną, ale nie bała się nicze­go. Nio­sła w ser­cu wiel­ką radość i nie­spał­nio­ne marze­nie o nie­od­gad­nio­nej miło­ści. Nie była smut­na, nio­sła w ser­cu nadzie­ję, nadzie­ję na szczę­śli­we jutro, któ­re nie­ba­wem mia­ło nastą­pić. Bowiem ukry­ty przy­ja­ciel obie­cał jej wiel­kie szczę­cie, a ona wie­rzy­ła, że jest o krok od jego odkry­cia. Czy była w błę­dzie? Nad tym się nie zasta­na­wia­ła. Nie mia­ła cza­su i ocho­ty zaprzą­tać tym sobie gło­wy. Jej kasz­ta­no­we wło­sy roz­trze­py­wał wiatr, a ona szła cie­sząc się jak dziec­ko, z każ­de­go szu­mu jesien­nych liści.

 

Powo­li się roz­ja­śnia­ło, a ona wciąż szła, nie wie­dząc dobrze dokąd tak napraw­dę zmie­rza. To nie mia­ło dla niej zna­cze­nia, chcia­ła iść za gło­sem ser­ca, bo wie­rzy­ła głę­bo­ko, że doj­dzie do celu. Szła, mimo że brzuch dopo­mi­nał się o prze­rwę, ale ona nie zwa­ża­ła na nic. Nio­sła w ser­cu ogrom­ny pokój, ale i pośpiech zara­zem. Nie mogła cze­kać, zbyt wie­le lat cze­ka­ła na tą chwi­lę. Im bli­żej celu była tym szyb­ciej szła i głę­bo­ko wie­rzy­ła że tym razem się nie rozczaruje.

 

Ludzie dziw­nie się na nią patrzy­li, ale jej to nie prze­szka­dza­ło. “I co z tego ze jestem inna” myśla­ła — “jest mi dobrze i mój skarb jest przy mnie, cze­góż mi jesz­cze potrzeba?”

 

Cel swój osią­gnę­ła dopie­ro po 2 dniach mar­szu, prze­mę­czo­na, wygłod­nia­ła i opa­lo­na jesien­nym słoń­cem, usia­dła w cie­niu przy­droż­nej kaplicz­ki. Nie była w sta­nie nic powie­dzieć, bo zmę­cze­nie i potrze­ba snu były sil­niej­sze od chę­ci modlitwy.

 

Obu­dzi­ła się rano, zmar­z­nię­ta i mokra od desz­czu. Nadzie­ja, któ­rą nio­sła w sobie roz­pie­ra­ła jej myśli i rado­wa­ła prze­peł­nio­ne miło­ścią ser­ce. Gro­ma­dzi­ła ją przez wszyst­kie te lata, by w koń­cu ją komuś ofia­ro­wać. Nie mogła się docze­kać zacho­du słoń­ca. Nie mia­ła ocho­ty jeść ani pić, cze­ka­ła tyl­ko nie­cier­pli­wie i nie usta­wa­ła w modli­twie dzięk­czyn­nej i tak zanu­rza­jąc się w marze­niach o szczę­ściu, usnę­ła. Wie­czo­rem obu­dził ją chi­chot dzie­ci bawią­cych się pod kasz­ta­now­cem. Nie mia­ła sił by wydo­być z sie­bie głos, jakiś sta­rzec prze­cho­dząc obok zaśmiał się jej w twarz, a kobie­ta pro­wa­dzą­ca kozy pogar­dli­wie się uśmiech­nę­ła. A ona patrzy­ła im głę­bo­ko w oczy i pro­si­ła o jaką­kol­wiek pomoc, nada­rem­nie. Wszy­scy we wsi uwa­ża­li ją za obłą­ka­ną i nikt nie miał odwa­gi się do niej zbli­żyć. Ale ona nie była taka, za jaką ją uważano.

 

Szczę­cie, na któ­re cze­ka­ła przez te wszyst­kie lata było tuż, tuż. Jej przy­ja­ciel obie­cał jej, że odnaj­dzie je wła­śnie dziś, dokład­nie w dniu jej 33 uro­dzin. Roz­glą­da­ła się wokół sie­bie nie bar­dzo wie­dząc cze­go szu­ka, była wyczer­pa­na i nawet nie mia­ła sił pro­sić o picie. Mały chłop­czyk, któ­ry od kil­ku godzin przy­glą­dał się jej z odda­li, zebrał się na odwa­gę, pod­szedł do niej, nio­sąc jej w gar­ści wodę z pobli­skiej rze­ki. Napi­ła się łap­czy­wie i czu­ła jak odzy­sku­je siły. To był pierw­szy gest dobro­ci jakie­go w swo­im życiu doświad­czy­ła i to od cał­kiem obcej oso­by. Ten bied­ny sie­ro­ta nie oba­wiał się potę­pie­nia ze stro­ny miesz­kań­ców wio­ski, nie bał się krzy­wych spoj­rzeń — był dziec­kiem i szedł za wewnętrz­nym gło­sem ser­ca. A ona tak ura­do­wa­na tym aktem miło­ści obję­ła go jak mat­ka, któ­rej nigdy nie poznał i prze­la­ła na nie­go całą miłość jaką nosi­ła w swo­im sercu.

 

Naza­jutrz sta­rzec, któ­ry poprzed­nie­go dnia śmiał się jej w twarz, zna­lazł ją leżą­cą u drzwi kapli­cy. Nie oddy­cha­ła już od kil­ku godzin. Woda, któ­rą przy­niósł jej mały chło­piec, była ska­żo­na i zja­da­ła jej orga­nizm od środ­ka. Sta­rzec stał nad jej cia­łem dwa kwa­dran­se, jego począt­ko­wy pogar­dli­wy śmiech prze­ro­dził się w litość. Posta­no­wił zabrać ją na zardze­wia­łym wóz­ku do wio­ski, by ktoś ją zako­pał lub spa­lił. To był dru­gi akt dobro­ci jakie­go doświad­czy­ła, ale to było już jej obo­jęt­ne. Kie­dy ludzie w wio­sce zasta­na­wia­li się kto zapła­ci za trum­nę tej obłą­ka­nej, jej przy­ja­ciel wycią­gał do niej swo­je kocha­ją­ce ręce.

 

Cze­kał na nią 33 lata, a ona, nie odwra­ca­jąc się, bie­gła ku nie­mu prze­peł­nio­na rado­ścią i wie­dzia­ła już dokąd cały czas zmierzała.

 

Dopraw­dy bar­dzo wie­le ich łączyło.